środa, 18 lipca 2012

Roger na sztandarze /Polityka.pl/

Światowej sławy baryton o fascynacji Szymanowskim, wcielaniu się w czarne charaktery i prywatnych pasjach.
 
Dorota Szwarcman: – 21 lipca w Santa Fe w Nowym Meksyku odbędzie się premiera „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego, wystawiona na pańską prośbę i z panem w roli tytułowej.
Mariusz Kwiecień: – Ogromnie się cieszę. To festiwal na wolnym powietrzu, występuję tam od lat. Kiedyś podczas „Don Giovanniego” w finałowej scenie z Komandorem rozszalała się burza; to było niesamowite. Zadaszenie sceny oparte jest na filarach, nie ma tylnej ściany ani boków. Inscenizacje często więc wykorzystują widoczny w tle pejzaż górski i zachodzące słońce. Miałem już spotkanie z reżyserem Stevenem Wadsworthem, którego znam z Nowego Jorku z Metropolitan. Wspomniał, że z tyłu sceny umieści potężne witraże, przez które ma się przedzierać światło słoneczne. To będzie na pewno zjawiskowe. Finałowa pustynia będzie czarnym pomieszczeniem z białymi krzesłami porozrzucanymi jak po burzliwym zebraniu politycznym.

Stał się pan adwokatem tej najwspanialszej polskiej opery.
„Rogera” wziąłem sobie na sztandar na przyszłe lata. Artysta musi mieć swoją rolę życia. Ja wypłynąłem na Don Giovannim, a teraz, kiedy już mam pozycję, mogę forsować własne idee. Zaśpiewałem „Rogera” dopiero na dwóch scenach, w Paryżu i Madrycie, na obu w tej samej realizacji Krzysztofa Warlikowskiego. W listopadzie wezmę udział w nowym spektaklu w Bilbao w reżyserii Michała Znanieckiego i zaraz potem przywozimy tę inscenizację do Poznania. Za trzy lata specjalnie dla mnie wystawia „Rogera” londyńska Covent Garden. Staram się też, by „Roger” został wystawiony w Met; dyrektor Peter Gelb wstępnie zareagował pozytywnie.

Kim jest Roger?
Zależy od reżysera. Ja jestem elastyczny, pod warunkiem że koncepcja będzie logiczna. Nie znoszę braku logiki na scenie; uważam, że każdy ruch powinien być celowy.

Dlatego trochę się dziwię, że wyraża się pan pozytywnie o spektaklu Warlikowskiego, który widziałam w Paryżu i sprawił na mnie wrażenie chaosu.
Krzysztof był wtedy wykończony przygotowywaniem „(A)pollonii” w Warszawie, nie mógł zebrać myśli, mieliśmy też mało czasu. W Madrycie było już lepiej. Mam sentyment do tej produkcji. Pewnie dlatego, że po raz pierwszy śpiewałem tę genialną muzykę i poczułem, że otworzyłem się na scenie w pełni, jak nigdy dotąd. A Krzysztof w pierwszym zetknięciu sprawia wrażenie dziwaka, ale to bardzo ciepły, wrażliwy i otwarty człowiek. I bardzo twórczy. Nawet kiedy nie był w pełni przygotowany, nie ukrywał tego, mówił: nie wiem, pomyślmy, spróbujmy, zainicjujmy coś. Dla ludzi, którzy nie umieją nic sami z siebie zainicjować, współpraca z takim reżyserem to dramat. Dla mnie przeciwnie. Warlikowski, kiedy coś mu się nie podobało, mówił: To nie jest dobre. Nie wiem, co jest dobre, ale to nie. Zmień to.
 
Całkowicie intuicyjne działanie.
Tak, i ja to kocham, bo lubię coś zrobić po swojemu. Ale nie wszyscy reżyserzy tolerują tego typu osobowość sceniczną.
 
Jednak do dziś nie wiem, o co w tym spektaklu chodziło. Roger w garniturze, Roksana w ciąży, a jednocześnie jej trup w basenie, dziecko z maską Myszki Miki...
Chodziło o wyśmianie amerykańskiego konformizmu, hollywoodzkiego pustego życia, a także o pokazanie rozchwianego emocjonalnie człowieka, który pomimo swych słabości musi podejmować najważniejsze w życiu decyzje.
 
Co to ma wspólnego z Szymanowskim?
To była próba pokazania ponadczasowości libretta. Stąd i Myszka Miki, i nowojorski wieżowiec z basenem na dachu, w którym Roger mentalnie uśmierca swoją żonę, w pewnym sensie stojącą na drodze do jego wewnętrznej wolności. A jeśli mowa o rozchwianiu emocjonalnym Rogera: uważam, że nie można tej opery pozbawiać wątku homoseksualnego, choć nie jest on sformułowany wprost.

To nie tyle homoseksualizm, co ambiwalencja, bo przecież Roger kocha Roksanę i cierpi, gdy ona odchodzi. A jednocześnie jest pod urokiem Pasterza.
Z pewnością jest związek między tym dziełem a życiem Szymanowskiego i jego librecisty, Iwaszkiewicza. Nie bezpośredni, natomiast już sama muzyka pokazuje miękkość głównego bohatera. Tekst libretta posiada akcenty erotyczne, ale to nie jest erotyzm męsko-damski czy męsko-męski. Jest tu wiele dwuznaczności, które można na scenie rozmaicie wykorzystać; to dodatkowy atut. Roger to mężczyzna wrażliwy, pogubiony w swych słabościach, który nawet nie wie, czy rzeczywiście jest w stanie być władcą. Żona Roksana jest mu podporą.

Na to przychodzi Pasterz i w sposób pokojowy odbiera mu królestwo, żonę, wszystko.
Roger właśnie wtedy ujawnia, że jest słaby. Krzyczy do Pasterza: Stój! a do poddanych: Zabijcie go, schwytajcie! – bez efektu. Szymanowski muzycznie pokazuje krzyczącego Rogera, używając mocnych, wysokich tonów, które jednak nie mają żadnej siły sprawczej wobec potęgi Pasterza. Zarówno partia Rogera, jak i Roksany jest napisana lirycznie i wysoko, ale muszą to być mocne głosy, by przebić się przez potężną i gęstą orkiestrę. To dzieło rzuca wielkie wyzwania muzykom i reżyserom. Widziałem mniej i bardziej udane inscenizacje „Rogera”. Obie stworzone przez Mariusza Trelińskiego są świetne, zwłaszcza warszawska.

Wrocławska jest bardziej psychologiczna.
Bo też Treliński nabrał doświadczenia.

Jej finał rozgrywał się w szpitalu – to niby dziś banalny chwyt, a tu nadspodziewanie pasował.
Roger traci wszystko i odbywa symboliczną podróż przez pustynię, która jest właściwie pustynią mentalną. To jest swoiste odosobnienie graniczące ze schizofrenią – może dlatego ten szpital pasuje. A co oznacza finałowy hymn Rogera do słońca? Bywa, że człowiek, który stracił wszystko, nagle doznaje olśnienia, jak Scarlett z „Przeminęło z wiatrem”, że jutro jest nowy dzień. Jedni w takiej sytuacji odnajdują Boga, inni się zakochują, a jeszcze inni rozpoczynają nowe życie. „Roger” daje możliwość bardzo różnorodnych interpretacji.

To kolejna grana przez pana postać, która ponosi klęskę.
Wiele jest takich ról barytonowych. Don Giovanniego gubi jego własne ego, Hrabiemu z „Wesela Figara” kobiety udowadniają jego słabość, Onieginowi nie wychodzi miłość do Tatiany, nawet Enrico, brat Łucji z Lammermoor, przegrywa, bo siostra przez niego popełnia samobójstwo. Lubię wcielać się w czarne charaktery; mam wielką ochotę zaśpiewać w przyszłości rolę Jagona w „Otellu”. Jednak nie wszystkie role barytonowe to postaci negatywne. Markiz Posa z „Don Carlosa” także przegrywa, ale gubi go własna szlachetność. Miałem zaśpiewać tę rolę w styczniu w Monachium, ale nie wyszło. Za to wykonam ją w maju przyszłego roku w Covent Garden. 

A w najbliższym czasie w Met?
Kontrakty mam na następne sześć lat. Na kolejnego „Don Giovanniego”, „Wesele Figara”, „Roberta Devereux”, „Poławiaczy pereł” i nową produkcję „Purytanów”. Na rozpoczęcie nowego sezonu „Napój miłosny” z Anną Netrebko, ale za rok dopiero będzie wydarzenie!

/źródło: polityka.pl/

TŁUMACZENIE / TRANSLATION
World-renowned baritone talks about fascination about Szymanowski, the recruitment of the villains and private passions.

Next part soon ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz