O trudach bywania Don Giovannim, o szlachetności Eugeniusza
Oniegina, o artystycznym zatraceniu w "Królu Rogerze", o wyjątkowości
kobiecego sopranu i niezapomnianej róży, i kilku innych ważnych sprawach
opowiedział Mariusz Kwiecień w drugiej części wywiadu udzielonego
Beacie i Michałowi Olszewskim w Londynie 19 maja 2013 roku.
![]() |
| Źródło: mariuszkwiecien.com |
Współczesny teatr operowy jest
często kojarzony z modernizowaniem tradycyjnych wystawień klasycznych
oper. Zanim przyjechaliśmy tu do Londynu, byliśmy na „Don Giovannim” w
Monachium, tym samym w którym Pan występował kilka lat temu. Operę „Don
Giovanniego” kochamy, a obsada była bardzo obiecująca – Gerald Finley,
Alex Esposito, Anette Dasch, więc można było oczekiwać, że będzie to
spektakl bardzo udany. Niezależnie od tego, że w naszym odczuciu
orkiestra zagrała za wolno, to cała inscenizacja jest dziwna, żeby nie
powiedzieć nonsensowna i my, którzy widzieliśmy tyle różnorodnych
wykonań „Don Giovanniego”, po prostu jej nie rozumiemy. Na przykład
obecność starego, trzęsącego się, nagiego człowieka na scenie w trakcie
trwania uwertury, czy Wam śpiewakom ktokolwiek wytłumaczył kogo ta
figura symbolizuje? Czy Pan, biorąc udział w tak kontrowersyjnej
produkcji, jest informowany przez reżysera o co w niej tak naprawdę
chodzi? Albo jeszcze inaczej, jak Pan się odnajduje w takich
produkcjach?
Bywa tak, że są produkcje, które jeśli
się już zaczęło, to się je z różnych przyczyn, często kontraktowych
kończy. Monachijski „Don Giovanni” był właśnie tego rodzaju spektaklem.
Ja nie znajdowałem sensu w tej produkcji przez cały okres trwania prób i
prawdę mówiąc nie potrafiłem w niej odnaleźć siebie. Nie pomógł mi w
tym również skądinąd bardzo miły i sympatyczny reżyser tego spektaklu –
Stephan Kimmig, który pierwszy raz w życiu reżyserował „Don Giovanniego”
i chyba drugi albo trzeci raz operę, i w tym przypadku w ogóle nie miał
pojęcia co, po co i dlaczego. W efekcie wykoncypował tę operę jako
serię zmiennych obrazów i dlatego w tej inscenizacji jest tyle zmian
kostiumów samego Don Giovanniego, który za każdym razem wychodzi w innym
ubraniu i peruce. Chodziło o zilustrowanie nieuchwytnej osobowości
głównego bohatera, raz takiego, a zaraz zupełnie kogoś innego. Do dziś
jednak nie wiem kogo miał symbolizować nagi, starszy facet…
…czyli, jednak nie tłumaczyli…
…nie, …chociaż próbowano nam powiedzieć,
że to jest Don Giovanni, co jest automatycznie bez sensu, bo skoro
główny bohater umiera na zawał serca jako trzydziestolatek, to dlaczego
ukazany jest jako starzec…? Nie, nie wiem. Ja po prostu nigdy nie
znalazłem sensownej odpowiedzi, a swoją partię próbowałem wykonywać na
zasadzie totalnego wariactwa. Założyłem, że ta interpretacja „Don
Giovanniego” ma się tak do tradycji jego wykonywania, jak malarstwo
Pablo Picasso do malarstwa tradycyjnego. Innymi słowy, przyjąłem, że
chodzi tu o artystyczny i estetyczny efekt, jaki ma wywołać deformacja
klasycznej interpretacji dzieła Mozarta na wzór zmiany jaką zaproponował
w malarstwie Picasso. Forma została przetworzona, zobaczymy jaki to
przyniesie efekt.
Ale czy w takich przypadkach można jeszcze odczuwać jakieś emocje, a jeśli tak, to jakie?
Na szczęście emocje zakodowane są w
muzyce Mozarta i sensie libretta Da Pontego. To, czy ja wychodzę na
scenę przebrany za papugę, czy też na golasa, ma dla mnie drugorzędne
znaczenie. W Monachium na szczęście mieliśmy fajną obsadę i dość dużo
czasu, aby stworzyć to “cudo”, więc udało się nam ten twór jakoś
zaakceptować.
Jaka była reakcja widowni na premierze?
Dla śpiewaków spore brawa, natomiast duże buczenie dla reżyserii.
Rozumiemy więc, że nie boi się Pan modernizacji opery…?
Wcale. Ja kocham wszystko w teatrze i
operze. Niech będzie okropnie nowocześnie, albo okropnie tradycyjnie,
ale pod jednym twardym warunkiem, ma być logicznie. Błagam o logikę.
Błagam o sens, ale niestety tego sensu we współczesnych inscenizacjach
tak bardzo brakuje w ruchu scenicznym, w grze aktorskiej śpiewaków, w
scenografiach, w relacjach między ludźmi na scenie. Przy czym ważne
zastrzeżenie. To, co się czasami w operze wyprawia, nie jest tylko winą
reżyserów, ale często też samych śpiewaków. Gdyby większości z nas
zależało na dziele, efekty byłyby dużo lepsze. Wiem to po sobie, bo ja
pracuję na takiej zasadzie, że nawet jak mi ktoś powie: „Słuchaj,
przechodzisz w prawo, a potem w lewo, bo wchodzi ktoś inny”, to zawsze
najpierw sobie, a potem reżyserowi zadaję pytanie, „Dlaczego w prawo?”.
Bo ja muszę rozumieć sens scenicznego ruchu, który moim zdaniem nigdy
nie powinien być nieprzemyślany i przypadkowy.
Czy Państwo jako śpiewacy możecie mieć wpływ na wizję reżysera?
Oczywiście że możemy, z tym, że nie jest
to takie łatwe. To jest walka, z tego względu, że reżyser ma zazwyczaj
swoją koncepcję. Przychodzi z czymś, co jest jego dziełem, do czego jest
przywiązany. Nawet gdy pojawia się w teatrze i nie ma tej koncepcji, to
zazwyczaj stara się to ukryć. W efekcie, na każde nasze krytyki reakcje
są podobne: „Proszę mi zaufać, proszę spróbować, a potem dopiero
krytykować”. Doprowadza to do absurdalnych sytuacji. Pamiętam marną
produkcję „Pajaców”, które przed laty miałem śpiewać w Chicago. Reżyser
zobaczył mnie po raz pierwszy na oczy i powiedział tak: „Dobrze, to my
musimy Cię jakoś wyszczuplić, żebyś wyglądał na wyższego, damy Ci blond
perukę i musisz zgolić brodę i wąsy”. Ponieważ wszystko miało się dziać w
Neapolu, zdziwiło mnie to bardzo i mówię: „Widziałeś kiedyś w Neapolu
blondyna – Włocha, przecież wszyscy są tam raczej ciemnej karnacji”. „To
tym razem będzie inaczej” – powiedział reżyser. „Ale dlaczego nie
wykorzystać tego, co akurat posiadam, mojej karnacji i zarostu?”. „Bo ja
jestem reżyserem i tak ma być” – padła odpowiedź i reżyser wyszedł
trzasnąwszy drzwiami. Ponieważ to było lat temu naście, wściekłem się,
ale uległem. Byłem naprawdę wściekły, bo mówiąc serio, nie lubię się
rozstawać z moją brodą i wąsami, bo mam je od ponad dwudziestu lat i
chcę żeby tak zostało. Wtedy postanowiłem, że odtąd będę pisał w
kontrakcie, że chcę mieć moją “kozią bródkę” (śmiech). Oczywiście nic z
tego nie wyszło…, bo z biegiem lat wszystko jakoś okrzepło, kariera
poszła do przodu, wąsy zostały i jakoś nie ma z nimi zazwyczaj problemu,
a ja nie stawiam jakiś strasznych barier reżyserom…
Czyli, nie zrywa Pan przedstawień….?
…nie, nie… z powodu wąsów nie …
(śmiech). Ale wtedy, tamto zachowanie reżysera było po prostu głupie.
Przyszedł gość, który nie znał mnie i nawet nigdy nie widział jak
poruszam się po scenie, a od razu stwierdził, że ja będę taki to a taki.
Innymi słowy, chciał nałożyć na mnie skórę kogoś zupełnie innego. I to
jest, uważam, generalny błąd wielu ludzi odpowiedzialnych za
inscenizacje oper. Dziś, w takich sytuacjach, gdy ktoś na przykład chce
ze mnie zrobić Oniegina, który jest chamem, brutalem i jakimś synem z
brutalnym początkiem tego słowa, to będę się burzył. Według mnie Oniegin
nie może być uosobieniem zła. On przyjeżdża i widzi szesnastolatkę,
której nie chce skrzywdzić. On tego nie chce. On chce mieć wiele
dojrzałych kobiet, doświadczonych nałożnic, które dostarczą mu
seksualnych satysfakcji, a nie młodziutkiej dziewczyny, która o tym nie
ma prawdopodobnie żadnego pojęcia. Według Oniegina, ona się musi jeszcze
wiele nauczyć. Później, w momencie kiedy Oniegin wraca po pięciu
latach, nagle w Tatianie widzi … kobietę, z którą pragnie przeżywać coś,
co nie było możliwe lata temu. Jednak wtedy nawet, oddając zakochanej w
nim szesnastolatce list, Oniegin nie jest obrzydliwym chamem, który
mówi jej „Odczep się dziewczyno, bo nie jesteś mnie godna”. On mówi,
„Tak, ja Cię kocham, ale jak brat siostrę”, bo ja nie widzę jeszcze nas
razem, to nie jest nasz czas, na wszystko jest jeszcze za wcześnie.
Szczególnie pięknie pokazane jest to w warszawskiej, bardzo ezoterycznej
i zmysłowej inscenizacji Trelińskiego.
Ale pod warunkiem, że w tym
spektaklu biorą udział wielkie głosy, bo ogromna i pusta scena Teatru
Wielkiego jest pod tym względem nadzwyczajnie wymagająca…
To prawda i spektakl musi mieć też
bardzo dobrego dyrygenta, który, kiedy tych wielkich głosów nie ma,
odpowiednio poprowadzi i utrzyma orkiestrę.
To jest świetny moment, aby
zapytać Pana o sławną inscenizację „Eugeniusza Oniegina” z Teatru
Balszoj w Moskwie, którą wyreżyserował Dimitri Czerniakow, a którą
jesteśmy po prostu oczarowani. W naszym odczuciu jest to wręcz modelowy
przykład doskonale przeprowadzonej modernizacji opery, z poszanowaniem
dla oryginału, ale tak przetworzonej, że całość nabiera nowych, bardzo
interesujących znaczeń. Wszystko jest tam przemyślane. Nie ma pustych
gestów i całość jest nadzwyczajnie spójna. Czy mógłby Pan opowiedzieć
trochę więcej o tej realizacji?
Gdy przyjechałem na realizację tego
spektaklu, nie miałem wyjątkowo dużo czasu, aby zinterpretować tego
„Oniegina”. Miałem tylko pięć dni prób, z czego tylko ostatnia próba
była z samym Czerniakowem, który zresztą po zobaczeniu jej powiedział,
że wszystko jest do niczego. W efekcie, ja zagrałem Oniegina po swojemu,
a on nigdy nie był z mojej interpretacji do końca zadowolony. I tu
paradoks, bo być może z tego „niedorozumienia” wyszedł ostateczny sukces
tej produkcji z moim udziałem.
A jak Oniegina widział Czerniakow?
On szukał bardziej cynicznej postaci,
kogoś bardziej wydestylowanego z uczuć. Myślę, że on szukał siebie. To
jest … to jest trudny, bardzo trudny facet. Nie jest łatwo zdefiniować
kim jest, aczkolwiek jedno jest pewne, on jest bardzo rosyjski w tym co
robi. Ja nie jestem „rosyjski”, więc być może dlatego ta produkcja
niespodziewanie „wypaliła”. W tym całym rosyjskim, bardzo przaśnym, ale
jednocześnie aspirującym do lepszego świata grajdołku, który w tym
spektaklu jest pokazany, w tym rosyjskim z natury świecie, w którym
symbolicznie mówiąc, krokodyl nie ma trzech metrów, ale trzynaście i
wszystko, co ma znaczenie musi być na maksa i na mega, nagle w tym
świecie pojawia się facet, który zupełnie do tego nie pasuje. Wprawdzie
stara się dotrzymać konwenansów, zatańczy kiedy trzeba, ale tak naprawdę
ten człowiek nabija się z tego zastanego przez siebie świata. On tą
rzeczywistością w pewnym sensie gardzi. On je podane mu ciastko, które
popija kawą lub herbatą, próbuje z obecnymi porozmawiać, bo tak dobrze
został wychowany. Znudzony, jest w stanie zainteresować się do pewnego
stopnia jedynie tą najcichszą, najdziwniejszą, najbardziej odbiegającą
od reszty swym zachowaniem, nieco autystyczną Tatianą. Ona jedyna tam,
nie jest przerysowana i w tym sensie nie jest rosyjska.
o była genialna kreacja Tatiany,
wstrząsająco wiarygodna, w każdym geście, w ułożeniu ciała, w postawie.
Kiedy miała być młodą dziewczyną, to po prostu była nią, mimo, że w
„realu” dzieliło ją od tego momentu może i dwadzieścia lat …
To prawda, ale tak wspaniała Tatiana nie
byłaby możliwa gdyby to nie była Tatiana Monogarowa. Absolutnie
genialna artystka… Jak ona potrafiła się fenomenalnie przeistoczyć i
uwiarygodnić sobą ten zwrot w myśleniu Oniegina o Tatianie. Kiedy ja,
jako Oniegin widzę kobietę dojrzałą, usatysfakcjonowaną swoimi decyzjami
życiowymi, kobietę bogatą, spełnioną, która nie należy już do świata
rosyjskiej prowincji, ale jest damą i gwiazdą świata innej Rosji, to
moje pragnienie odzyskania Tatiany jest absolutnie wiarygodne. Zresztą, w
tym spektaklu również inne postaci są bardzo nowatorsko i
psychologicznie wiarygodnie poprowadzone. Na przykład Gremin, który
pojął, że jeżeli nie dopuści do spotkania Tatiany z Onieginem, to po
prostu straci żonę, to jest to absolutny reżyserski majstersztyk.
Również Olga, która w tej
interpretacji jest od początku zafascynowana Eugeniuszem, i dla której
Leński, jej narzeczony, jest tak naprawdę tylko kimś na wszelki wypadek,
na okoliczność gdyby nie zdarzył się jej nikt „lepszy”…
Tak jest, i właśnie na tym polega
fenomen świetnej reżyserii. W spektaklu wszystko z pozoru jest
zwyczajne. Tam są zwykłe stoły, zwykłe krzesła i zwykłe meble. Tam się
na pierwszy rzut oka nic szczególnego nie dzieje, a kostiumy są również
nadzwyczajnie … zwyczajne. To wszystko co nam się zjawia, nie jest w
gruncie rzeczy ważne. Ważna jest koncepcja i znalezienie odpowiednich
osób, które się w nią we właściwy sposób wpasują. Nie wiem, może jako
Oniegin nie spełniłem oczekiwań Czerniakowa, ale koniec końców wziął
mnie później do Paryża, do Madrytu, do Londynu. Myślę, że właśnie
dlatego tak się stało, że ja byłem inny, tak jak Oniegin odróżniał się
od środowiska, w którym rozegrał się słynny dramat.
A skoro o Eugeniuszu Onieginie jest mowa, to które z wykonań tej opery jest Pana ulubionym?
Ja mam szczęście do Onieginów. Na pewno
bardzo cenię inscenizację Czerniakowa, choć nie miałem takiej
przyjemności ze śpiewania samego spektaklu, o czym już tu mówiliśmy. Ale
nie zmienia to faktu, że tę inscenizację po prostu uwielbiam. Kochałem
również wystawienie Oniegina zrobione przez Trelińskiego – bardzo
plastyczne i nowoczesne, aczkolwiek jego Oniegin nie cieszył się wielkim
powodzeniem poza Polską. Lubię również solidny spektakl Znanieckiego, w
którym nota bene będę niedługo ponownie śpiewał w Krakowie.
A ulubiony „Don Giovanni”?
To zdecydowanie ten Trelińskiego…
Dlaczego akurat ten?
Bo w tym przedstawieniu mamy do czynienia z bardzo przekornym podejściem do Mozarta. Przecież to nie wydarzyło się na serio, przecież duch nie przyszedł … Innymi słowy jest to karykatura Don Giovanniego na wzór karykatury Mozarta, który tak naprawdę strasznie się z tego superbohatera w swojej operze naśmiewał. To jest „dramma giocoso”, z której Treliński zrobił bardziej ”giocoso dramę”, przy okazji używając niesamowicie prostych, ale plastycznych zarazem form.
Bo w tym przedstawieniu mamy do czynienia z bardzo przekornym podejściem do Mozarta. Przecież to nie wydarzyło się na serio, przecież duch nie przyszedł … Innymi słowy jest to karykatura Don Giovanniego na wzór karykatury Mozarta, który tak naprawdę strasznie się z tego superbohatera w swojej operze naśmiewał. To jest „dramma giocoso”, z której Treliński zrobił bardziej ”giocoso dramę”, przy okazji używając niesamowicie prostych, ale plastycznych zarazem form.
Panie Mariuszu, a jaki będzie Jagon w Pańskim wykonaniu?
A skąd to Państwo wiedzą, że w ogóle będzie?
Sam Pan o tym wspomniał kiedyś w
jednym z wywiadów, nie zdradzając oczywiście kiedy i gdzie ta
inscenizacja „Otella” z Pańskim udziałem będzie miała miejsce.
Każdy, kto pamięta mnie sprzed lat,
uśmieje się gdy się dowie, że chciałbym śpiewać Jagona, jednak ja nie
tylko chcę go śpiewać, ale powiem nieskromnie, uważam że będę dobrym
Jagonem. Nie jest przecież nigdzie napisane, że ta rola musi być
obsadzona przez bohaterskiego lub dramatycznego barytona. Problem
Jagona, to przede wszystkim kwestia właściwego zagrania tej postaci.
Oczywiście jest w tej partii kilka fragmentów niełatwych do wyśpiewania,
ale mój głos już teraz jest o wiele pełniejszy niż lata temu, a można
się spodziewać, że w nadchodzącym czasie będzie z pewnością dojrzewał.
Zresztą jest szansa, że już za dwa lata zaśpiewam w „Otellu” w Madrycie,
ale na razie tylko w wersji koncertowej. Czekam teraz na potwierdzenie,
że dojdzie do realizacji tego projektu, z którego bardzo bym się
ucieszył, bo wolałbym zadebiutować w tej operze „na spokojnie”, czyli w
wersji koncertowej właśnie. Słowem, na pewno kiedyś znajdzie się w moim
repertuarze miejsce dla „Otella”…
…i „Simona Boccanegra”?
…tak i „Simona Boccanegra”. Na pewno
jednak nie będę chciał śpiewać Rigoletta ani brać udziału w
„Trubadurze”, którego po prostu nie znoszę. W „Rigoletto” drażni mnie
„grajdolany” charakter tej muzyki, te wszystkie kataryniarskie umpapa,
umpapa… Nie lubię tej opery, nie podoba mi się.
Czy kiedykolwiek Mariusz Kwiecień zaśpiewa coś z Wagnera?
Nie, bo nie lubię Wagnera. Nie podoba mi
się Wagner, nudzi mnie jego muzyka, a do tego nadmiar tekstu i przerost
formy nad treścią. Nie interesuje mnie. Chociaż być może kiedyś
uczyniłbym wyjątek dla „Tannhäusera”. Miałem już raz nawet podpisany
kontrakt z Operą w Seattle, ale z powodu problemów budżetowych musieli
odwołać akurat tę produkcję.
A która muzyka operowa Pana porusza?
To jest na pewno to co śpiewam teraz.
Kiedyś będę chciał zaśpiewać Mazepę, bo Czajkowski jest mi bliski. O
Verdim trudno jeszcze coś wyrokować, bo do tej pory zaśpiewałem dopiero
dwie role, omawianą już dziś partię Posy oraz Germonta w „Traviacie”. Ta
druga przypadła mi w udziale dużo za wcześnie. Trzeba będzie może do
tego kiedyś wrócić, bo gdy śpiewałem w „Traviacie”, byłem po prostu
jeszcze za młody. Oczywiście, chciałbym bardzo wystąpić kiedyś w
„Simonie Boccanegra”. Nie będę też ukrywał, że bardzo interesowałby mnie
kiedyś kreacja barona Scarpii w „Tosce”, ale poczekajmy jeszcze z
dziesięć lat, aby przekonać się dokąd w tym czasie pójdzie mój głos i
czy w ogóle jeszcze wtedy będzie…
Jako widzowie i słuchacze opery,
często przychodzi nam przeżywać emocje na najwyższym poziomie. Często
jesteśmy mocno poruszeni, miewamy przysłowiowe ciarki, a czasem zdarzy
nam się nawet zapłakać. Czy będąc na scenie jest Pan zimnym
profesjonalistą, czy też Wam śpiewakom pod tej drugiej stronie, tam na
scenie, zdarza się czasami ulegać nadzwyczajnym emocjom?
To zależy. Na przykład kiedy śpiewam
„Don Carlosa” z Furlanetto i Kaufmannem to wrażenia są wstrząsające i
wyjątkowe. Trudno to z czymkolwiek porównać, bo ma się wrażenie
dotykania artystycznego absolutu. Kiedy klęczę przed Furlanetto, czyli
królem Filipem i śpiewam „Jak to Panie…?” a on mówi do mnie „Uważaj na
Wielkiego Inkwizytora”, po czym się odwraca, podchodzi do mnie i nie
śpiewając trzyma długą pauzę, po czym powiada „Nigdy nic ode mnie nie
chciałeś. Nie prosiłeś o nic. Chcę abyś został przy mnie”. W takich
momentach, gdy się podrywam z kolan, to moja skóra wręcz cierpnie od
przeżywanych wzruszeń…
Kto tę scenę tak świetnie zaprojektował? Kto ją rozpisał albo rozrysował?
Furlanetto był tu motorem, ale nie bez
dumy mogę powiedzieć, że scenę tę stworzyliśmy wspólnie. Było tak, że
jak asystent reżysera ustawił nas już na scenie i zaczęły się próby,
Furlanetto przerwał i powiedział do mnie: „Słuchaj, widzę, że ty jesteś
zupełnie innego rodzaju śpiewakiem, niż ci z którymi śpiewałem ostatnio.
Ty grasz, więc proszę Cię spróbujmy zrobić to razem tak, żeby wyszło
super". I zaczęliśmy grać. Furlanetto jest mistrzem więc błyskawicznie i
mądrze reagował na wszystkie moje pytania: „A czy mogę ja tutaj…”,
„Tak, ale widzisz to jest trudna fraza, więc może lepiej ustaw się
lepiej tu, żeby Cię było lepiej słychać…”. To było fantastyczne
doświadczenie, pokazujące jak wspaniałe rezultaty może przynieść
sytuacja artystyczna, w której ludzie ze sobą ściśle współpracują dla
założonego efektu. Zresztą miałem wielkie szczęście, że mój debiut w
„Don Carlo” był w towarzystwie takich ludzi jak Furlanetto i Kaufmann.
Panie Mariuszu, a w jaki sposób przekonał Pan wielkiego Pappano, aby tu w Royal Opera House wystawić „Króla Rogera”?
Po tym jak zaśpiewałem tu w Londynie pod
jego batutą w „Don Giovannim” i „Weselu Figara”, na pytanie dyrektora
odpowiedzialnego za obsadę, co jeszcze chciałbym zaśpiewać w Royal Opera
House w przyszłości, odpowiedziałem bez namysłu: „Króla Rogera”. Gdy ta
informacja dotarła do Pappano, podobno natychmiast powiedział: „Będę to
dyrygował”. Potem o sprawie dowiedział się dyrektor generalny – Kasper
Holten, który od razu zadeklarował, że rzecz całą wyreżyseruje…
Niesamowite. Jest to więc Pański osobisty sukces…?
Tak, to mój osobisty sukces, ale nie
tylko, bo przecież były już inscenizacje w Santa Fe, Madrycie, Bilbao i
Paryżu, więc wielu ludzi przyczyniło się do popularyzacji tej opery. Do
Paryża ściągnął mnie do „Króla Rogera” Gerard Mortier, który mnie
usłyszał w „Eugeniuszu Onieginie” w Moskwie w inscenizacji Czerniakowa
właśnie. Tam, po premierze powiedział mi, że przygotowuje wystawienie
opery Szymanowskiego. Po Paryżu zapytano mnie w Santa Fe co bym chciał
tam zrobić, powiedziałem że „Króla Rogera”. Gdy w Santa Fe pojawili się
ludzie z Chicago, zacząłem się z nimi mocować i przekonywać, żeby
spróbowali wystawić u siebie dzieło Szymanowskiego. Nie było łatwo, bo z
początku nie bardzo się do tego projektu skłaniali. Jak wiadomo w
„Królu Rogerze” są obecne silne wątki homoseksualne, a z kolei bez nich
ta opera w ogóle traci jakkolwiek sens. Nie czarujmy się, jest to
historia trójkąta miłosnego, który miał swój odpowiednik w realnym życiu
Szymanowskiego, Iwaszkiewicza i jego żony. Polityka i religia są tam
tylko kontekstem dla zupełnie innej historii. Niemniej moje starania
przyniosły dobry skutek, bo Chicago jednak zrobi swojego „Rogera” po tym
z Santa Fe.
A jak dzieło to jest
przyjmowane? Pytamy o to, bo czytamy sprzeczne relacje, o tym, że z
jednej strony zachwyt, a z drugiej buczenie publiczności…
Jednak dominuje zachwyt. W paryskim
Rogerze buczenie dotyczyło tylko inscenizacji Warlikowskiego. Tak już
jest, że czego by nie zrobił Warlikowski, to można programowo założyć,
że spowoduje buczenie na widowni. Przez jednych uważany jest za
geniusza, inni zaś uważają jego realizacje za tragedię. Budzi skrajne
emocje, co jego samego akurat w tym wszystkim …cieszy. Osobiście uważam,
że paryski spektakl Warlikowskiego był wielki, ale nie do końca
zrozumiany przez wiele osób. Dla mnie był to chyba, jak do tej pory
przynajmniej, najważniejszy spektakl operowy mojego życia. Po raz
pierwszy w życiu zatraciłem się na scenie. Będąc tam miałem poczucie
całkowitego utożsamienia się z postacią. Transformacja totalna i pełne
oddanie się sztuce.
Panie Mariuszu jest Pan większym
artystą, niż Pan to chce pokazać we wszystkich swoich wywiadach i
pojawieniach się w mediach. Nie zapomnimy jak zaskoczył Pan prowadzącą z
Panem wywiad dziennikarką Telewizji Polskiej, kiedy na dzień dobry
oświadczył Pan jej, że Pan nie lubi słuchać oper…
Bo nie znoszę… Kocham operę jeśli jest
wykonywana w świetnej obsadzie, ale w takim przypadku idę do teatru.
Nienawidzę zaś słuchania oper z kompaktów. Z takiego nośnika słucham
tylko z przyjemnością muzyki elektronicznej. W głosie ludzkim zaś,
szczególnie tym operowym, jest takie bogactwo, taka ilość alikwotów i
poezji, której się nie da przekazać w nagraniu, że nie mogę po prostu
słuchać tak zarejestrowanych brzmień. Nudzi mnie po prostu ten sam
dźwięk, zaatakowany przez śpiewaka w tym samym tempie i tym samym
rytmie, a do tego się sprowadza wielokrotne odtwarzanie kompaktu. To nie
jest prawda o ludzkim głosie i jego możliwościach.
Fascynuje Pana ludzki głos i jego możliwości, ale z tych głosów ceni Pan sobie bodaj najwyżej sopran. Dlaczego?
Bo to jest głos kobiety, a kobieta, co
może jest coraz rzadsze w naszej epoce, jest dla mnie uosobieniem
niewinności i anielskiego piękna. Jeśli jest to piękny sopran, jak Anny
Netrebko czy Renée Fleming w odpowiednim repertuarze, czy Angeli
Gheorghiu, to dotykamy tu estetycznego absolutu.
Było dla nas pewnym
zaskoczeniem, gdy dowiedzieliśmy się, że Panu również zdarza się śpiewać
sopranem. Baryton śpiewający sopranem, to dość niecodzienne…
Nie, no oczywiście jest to możliwe
trzeba tylko przejść w wyższe rejestry i starać się śpiewać falsetem.
Kiedyś w tej dziedzinie miałem niesamowite możliwości, ale teraz przez
to, że pracuję głównie głosem barytonowym te możliwości są dużo
mniejsze. Ale nadal ten głos jest dwa razy mocniejszy niż mój głos
barytonowy.
Czy to oznacza, że jeszcze kiedyś usłyszymy Mariusza Kwietnia w repertuarze barokowym?
Nie, aczkolwiek kocham barok i muzykę barokową.
Nie, aczkolwiek kocham barok i muzykę barokową.
Kocha Pan również podróże. Czego Pan się w ich trakcie nauczył o człowieku w ogóle?
Wszystko co śpiewam, wszystko co kreuję
na scenie jest wynikiem tego, czego dowiedziałem się o ludziach wchodząc
z nimi nieustannie w różnorodne relacje. Nawykowo, uważnie obserwuję
ludzi w bardzo różnych sytuacjach. Mam taki nawyk, że nawet jak oglądam
film, często nie śledzę tego o czym ten film w ogóle jest, ale skupiam
uwagę na pozornie nieistotnych detalach, na szwie na rękawiczce, albo na
ptaku, który gdzieś tam przeleciał w tle. Tę samą metodę stosuję często
gdy obserwuję ludzi. Z różnych, drugoplanowych zdawałoby się reakcji
jestem w stanie zrozumieć z jakim rodzajem osobowości mam do czynienia,
już na etapie kiedy ich spotykam po raz pierwszy. I nie ma znaczenia,
czy są to osoby z wyższych sfer, czy też tak zwani ludzie prości, z
Japonii, z Afryki, czy z Wysp Karaibskich. Dużo się o nich również
dowiaduję, gdy widzę jak te osoby reagują na informację, że jestem
śpiewakiem operowym. Myślę, że wiedza zdobyta w ten sposób wykreowała
mnie jako człowieka. Dowiedziałem się w ten sposób co jest dla mnie
dobre w mojej pracy i w moim życiu oraz tego jak dalece można być
otwartym i jak bardzo trzeba być dyskretnym, ale to ostatnie tylko w
niektórych kwestiach. Bo otwartym na ludzi trzeba być zawsze, na ich
krzywdę i na ich potrzeby.
Wspomniał Pan, że mógłby Pan być
aktorem filmowym. W innym wywiadzie, mówił Pan że fascynuje Pana
projektowanie wnętrz, więc z powodzeniem dawałby sobie Pan radę w
zawodzie architekta wnętrz. Proszę nam więc pozwolić zadać sobie
pytanie, które w podobnej wersji postawiliśmy kiedyś Panu Piotrowi
Beczale. Oto spotyka Pan na ulicy demona, który mówi Panu, że musi
wyrobić plan złych uczynków na ten miesiąc: Powiada: „Wiesz Mariusz
postanowiłem Ci w ramach czynienia zła odebrać głos, ale mam poczucie
sprawiedliwości jednak, więc postanowiłem załatwić Ci po znajomości
podobny dar, ale w innej dziedzinie”. Co wybiera Mariusz Kwiecień?
Nie ma takiej jednej rzeczy, która
mogłaby dać mi pełnię satysfakcji. Ponieważ jestem pragmatycznym
romantykiem (śmiech), więc prawdopodobnie gdybym stracił głos, zostałbym
w tym operowym świecie budując taką szkołę, o której opowiadałem
Państwu na początku wywiadu. Ponadto oprócz wspomnianej architektury
wnętrz, uwielbiam podróże, a ponieważ kiedyś marzyłem o studiowaniu
archeologii, to pewnie chciałbym być kimś na kształt podróżnika
odkrywcy, ale rozumianego jako odkrywcy ludzkich dusz. Bo
zainteresowania metafizyką i medytacją, zapewne pchałoby mnie w takim
kierunku. No i oczywiście robiłbym masę zdjęć.
Uwielbia Pan fotografować naturę. Czego Pan w niej szuka?
Jej prostoty i naturalności. Obserwacja
przyrody uczy nas wiele o nas samych i pozwala w chwilach zwątpienie
wrócić do podstaw, do tego co czyni nas ludźmi. To paradoks, ale
studiowanie przyrody podpowiada czasami wiele uniwersalnych prawd o
człowieku.
Panie Mariuszu na koniec
zostawiliśmy małe wyznanie. Chcielibyśmy Panu powiedzieć, czym zdobył
Pan nasze serca. Jest to o tyle ważne dla nas wspomnienie, że mówi ono
bodaj wszystko o Panu jako człowieku i artyście zarazem. Otóż,
chcielibyśmy tu przytoczyć Pańską opowieść o pewnej dziewczynce.
Historię tę opowiedział Pan kilka lat temu w jednym z wywiadów. Pamięta
Pan, jak wiele lat temu, było to jeszcze w Teatrze Roma w Warszawie w
latach dziewięćdziesiątych, grał Pan w przedstawieniu dla dzieci. W
pewnym momencie zgodnie z założonym tekstem, miał Pan zwracając się do
małych dzieci powiedzieć do nich „Jesteś pięknym chłopczykiem”, „Jesteś
piękną dziewczynką”. Gdy wypowiadał Pan słowa o pięknej dziewczynce
spojrzał Pan na małą istotkę, która patrzyła na Pana w skupieniu prosto w
oczy. Nie miała włosków, bo przechodziła chemioterapię z powodu choroby
nowotworowej. To, co było w tej historii najważniejsze, to że ona
następnego dnia przyniosła Panu czerwoną różę. Warto dla takich momentów
żyć…
Warto. Teraz po latach nie pamiętam
żadnego spektaklu z Romy, nie pamiętam z kim wtedy występowałem. Ale
znakomicie pamiętam tę dziewczynkę i jej oczy… Mam ogromną nadzieję, że
żyje…
Panie Mariuszu, ta historia
prowokuje jeszcze jedno pytanie. Czy Wy artyści zdajecie sobie sprawę z
tego, że będąc tam na scenie, śpiewając do muzyki, która jest nośnikiem
nieprawdopodobnych emocji, macie władzę nad ludźmi, że jesteście
demiurgami? Ilu z Was zdaje sobie z tego sprawę i nie traktuje teatru
tylko jako miejsca pobierani swojego uposażenia?
Są tacy, jest ich nawet wielu. Niestety
jednak nie wszystkie przedstawienia mają w sobie to coś. Prozaiczna
rutyna często zabija misję. Ale tak naprawdę, żyje się dla tych
momentów, kiedy coś się na scenie dzieje, coś szczególnego się dokonuje.
Nawet teraz, po premierze, miałem okazję powiedzieć Furlanetto: „Wiesz,
warto było to wszystko zaśpiewać dla twojego spojrzenia, kiedy patrzysz
na mnie na sam koniec duetu i czytam z twoich oczu – tak Rodrigo, ty
jesteś takim człowiekiem, jakiego chciałbym mieć za syna. Chciałbym aby
mój syn był tobą… ale nie jest”. I ja to w spojrzeniu Furlanetto
autentycznie widziałem, więc mogę tylko zgadywać, ile to wywołało emocji
na widowni. A to jest możliwe tylko i wyłącznie w spektaklu na żywo. A
tamten pamiętny spektakl w Romie był o tyle piękny, że to był spektakl
dla dzieci, a dziecka w teatrze nie oszukasz, więc nie wolno ci zagrać
rutynowo. Tamte kwestie wypowiadałem wchodząc między dzieci, których
było całe mnóstwo. I było to cudowne zrządzenie losu, że mój błądzący
wzrok, wśród tej masy dziecięcych spojrzeń, trafił właśnie na te
skupione oczy chorej dziewczynki… Na pewno nigdy nie zapomnę tamtej
róży, którą z jej rąk otrzymałem…
Panie Mariuszu, życzymy Panu takich róż tysiące i serdecznie Panu dziękujemy za rozmowę.
/źródło: opera.info.pl/




