Mam nonszalancję i pewność
siebie Don Giovanniego - mówi w magazynie MaleMEN Mariusz Kwiecień,
najsłynniejszy polski śpiewak operowy, baryton ze ścisłej światowej
czołówki. Hedonista. Tupeciarz. Arogant.
2009 rok, Nowy Jork. Gala z okazji 125-lecia
Metropolitan Opera. Zza kurtyny słychać szum szepczącej, kilkutysięcznej
widowni. Orkiestra gra uwerturę. 36-latek w rajtuzach (ależ go one
drażnią!) oraz w historycznym kostiumie z żabotami Don Giovanniego stoi w
stanie skrajnego skupienia. Chwilę potem niosący się pod strop
barytonowy głos porusza duszę elitarnej publiczności.
Recepta na sukces, tłumaczy dziś Mariusz pewnym
siebie głosem, jest prosta: należy zawierzyć intuicji, być aroganckim i z
tupetem walczyć o marzenia. Nie bać się wymagać od świata.
- Kiedy jestem pewien pragnienia i celu, zdobywam. I jestem przekonany o wygranej.
Celu zaczął być pewien dopiero w krakowskim liceum.
Syn pielęgniarki i ekonomisty, wybrał klasę o profilu
pedagogiczno-psychologicznym bez refleksji, tylko dlatego, że poszła do
niej jego ówczesna dziewczyna. Jako jeden z czterech chłopaków w
42-osobowej klasie przez cztery lata był przedszkolanką, w ramach
praktyk opiekował się grupą dzieciaków. Ale to właśnie w szkole
nauczycielka śpiewu dostrzegła jego wokalny talent i zaproponowała śpiew
w chórze. Chórze przedszkolanek, oczywiście. I poszło: miłość do muzyki
wybuchła w Mariuszu gwałtownie i namiętnie.
- Odkrywałem dwa światy: seksu i muzyki - wspomina. - Pierwsze doznania erotyczne otworzyły przede mną nowy kosmos. Śpiew także.
Nie cierpiał się uczyć, wkuwać na pamięć, wybór
Akademii Muzycznej jawił mu się, jako najprostsza droga, by uniknąć
wojska oraz bólu spędzania godzin nad książkami. Przez pierwsze lata
studiował w Krakowie, potem przeniósł się do Warszawy, gdzie razem z
kolegą wynajęli pod miastem piętro domku. Zadebiutował w Poznaniu,
zaczął pracę w warszawskim teatrze Roma. Zachłysnął się.
- Nagle zacząłem dużo zarabiać. Nowobogacko
odreagowywałem szarość dzieciństwa. Dziś pieniądze są dla mnie nadal
ważne, bo dają wolność. Ale inwestuję w antyki, nieruchomości. Wtedy
wszystko przejadałem, puszczałem na zabawę.
200 par butów! 80 par dżinsów! Do szkoły tylko
taksówkami! Po roku luksus spowszedniał i Mariusz przestał szastać kasą.
Wystąpił gościnnie w operze w Hamburgu, dyrektor polecił go w Wiedniu,
słuchy o utalentowanym polskim śpiewaku dotarły za ocean. Dostał
zaproszenie na przesłuchanie do Metropolitan Opera w Nowym Jorku.
Marzenie każdego, które nielicznym się spełnia. Po 18 spektaklach w
Wiedniu uzbierał pieniądze na bilet do Stanów. Pożyczył, by na czas
egzaminów wynająć niewielkie studio na Manhattanie. - To moja dewiza.
Nawet na kredyt, ale warto zainwestować w estetykę przestrzeni. To
inwestycja we własną energię, którą czerpiemy nie tylko z jedzenia.
Dzięki otoczeniu jestem w lepszej kondycji psychicznej, więc lepiej
śpiewam i zwiększam szansę na intratny angaż. Czysty biznes.
Opłaciło się. Został przyjęty. Wracał do Polski
zakochany miłością bezwarunkową: w nowojorskim szaleńczym tempie,
drapaczach chmur, a nawet brudzie ulicznym. Stojąc wtedy na deskach
Metropolitan Opera (Metu, jak zdrobniale określa), poczuł, że odnalazł
swoje miejsce. Że na to czekał. Że teraz zacznie się prawdziwe życie.
Po kilku latach grania mniejszych ról, zaczął
dostawać te główne. Don Giovanniego, Oniegina. Na ile w nich pomogło
autentyczne życie? Czy aby śpiewać historię opartą na Don Juanie, samemu
trzeba nim być trochę?
- Zawsze. Opera bazuje na życiu. Mam nonszalancję,
pewność siebie i przebojowość Don Giovanniego - tłumaczy. - Moment
przełomowy w karierze? Nie potrafię wyznaczyć. W Nowym Jorku spodobała
się chyba moja selektywność, szczere mówienie, co mi się podoba, a co
nie. Zacząłem być uważany za krnąbrnego, ale zdolnego ekscentryka.
Tupet! - śmieje się.
/źródło - Onet.pl/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz