O tym dlaczego nie lubi "być na facebooku", o pracy w Metropolitan
Opera i Royal Opera House, o fascynacji postacią markiza Posy, o pracy w
filmie i pomocy młodym śpiewakom oraz o wielu innych fascynujących
sprawach opowiedział Mariusz Kwiecień w pierwszej części wywiadu
udzielonego Beacie i Michałowi Olszewskim w Londynie 19 maja 2013 roku.
![]() |
| Źrodło: mariuszkwiecien.com | Foto. Mikołaj Mikołajczyk |
Panie Mariuszu, chwila rozmowy z
Panem i od razu widzimy, że jest Pan bardzo otwartym człowiekiem.
Tymczasem gdy analizujemy Pańską obecność w Internecie, to stwierdzamy
znaczną tam Pana … nieobecność. Oprócz oficjalnej strony, nie ma Pan
swojego profilu na Facebooku i nie stara się Pan wzorem choćby Anny
Netrebko, Joyce DiDonato, Josepha Calleji i licznych innych śpiewaków
pokazać, że jest Pan „fajnym” kolegą, z którym każdy internauta może
porozmawiać.
I niech tak zostanie. Ja jestem
śpiewakiem operowym, a moje prywatne życie, moje przemyślenia, są tylko
dla mnie, dla mojej rodziny i dla moich znajomych. Jestem bardzo otwarty
na każdy rodzaj rozmowy na bardzo wiele tematów. Z wielką chęcią
spotykam się z różnymi ludźmi i choćby ze względu na moje
zainteresowania, które w przeszłości spowodowały, że studiowałem
psychologię i filozofię, uwielbiam z nimi wymieniać poglądy, jednak
niekoniecznie kręci mnie „fejsbukowanie” i ogłaszanie światu wszelkich
nowinek typu „co dziś robiłem i co zjadłem”. Powiem więcej, ja tego po
prostu nie znoszę. Taka forma zabiegania o popularność drażni mnie…
Czyli tylko rozmowa serio, na ważne tematy. Na przykład czym jest opera i jakie jest w niej Pana miejsce?
O tym, czym jest dla mnie opera, mogę
zawsze rozmawiać z miłą chęcią. Tym bardziej, że moja droga „do opery”
była na początku jak po grudzie, a na sukces trzeba było bardzo ciężko
pracować przez wiele lat. Aczkolwiek nigdy nie będę siebie określał
wyłącznie jako śpiewaka stricte operowego, bo dla mnie w operze równie
ważna jak śpiew jest sama obecność na scenie, obecność rozumiana jako
wyzwanie aktorskie. Jednak taka rozmowa jest dyskusją na tematy
zasadnicze, natomiast wspomniane „fejsbukowanie” jest marnotrawieniem
czasu na bzdety. Ponadto warto pamiętać, że wspomniana przez Państwa
Anna Netrebko wrzuca oczywiście tam coś od siebie, ale generalnie rzecz
biorąc ona ma od tego ludzi, którzy się tym zajmują. Ale jeśli nawet
pominę to, że musiałbym tym wszystkim zajmować się sam, to stawiam sobie
zawsze pytanie – do czego mogłoby mi być potrzebne owo „fejsbukowanie” ?
Aby dać się lepiej poznać innym ludziom? Ja tego nie pragnę i wolę,
prawdę mówiąc, chronić swoją prywatność. Tym bardziej, że jeśli ktoś nie
jest moim przyjacielem, to ten ktoś drogą internetową wcale mnie nie
pozna.
To oczywiste i całkowicie zrozumiałe, jednak nasze pytanie
o dostępność do operowej gwiazdy, ma swoje drugie dno. Gdy myślimy o
młodych śpiewaczkach i śpiewakach operowych rozpoczynających pracę, o
ich trudnym nieraz położeniu, o nurtującej ich niepewności co do rozwoju
kariery zawodowej, zastanawiamy się czy ich starsi koledzy, artyści,
którzy tak jak Pan odnieśli sukces, nie mogliby podzielić się z nimi
dobrą radą. Czy nie myślał Pan o tym, żeby podpowiedzieć czasami tym
młodym ludziom, co w ich życiu zawodowym będzie im jeszcze potrzebne
oprócz szczęścia? Na co powinni zwrócić uwagę, co powinni zrobić aby
mieć kiedyś szansę, tak jak Pan, zaśpiewać w tych najlepszych teatrach
operowych świata?
Marzy mi się, żeby kiedyś, jeszcze nie
teraz, ale może za kilka lat, stworzyć – być może z Piotrkiem Beczałą –
pewnego rodzaju instytucję artystyczną działającą pod naszymi
auspicjami. Kto wie, może rodzaj studiów, które w ciągu roku, dwóch lub
może trzech lat pomagałyby młodym śpiewakom prawidłowo wystartować w ich
profesjonalnym życiu. U nas w Polsce nie ma prawdziwych kreatorów,
takich ludzi, którzy istnieją na przykład w świecie mody, albo mediów.
Nie mamy osobowości, które wzorem twórców takich programów jak „Voice of
Poland” albo „X-factor”, potrafiliby z równą skutecznością wyszukiwać i
promować młode talenty operowe. Bo proszę Państwa, w Polsce jest pod
tym względem niesamowity wręcz potencjał.
Byłoby więc dobrze stworzyć taką,
nazwijmy to szkołę, w której nie na zasadzie permanentnego uczenia, ale
poprzez warsztaty i cykle spotkań z wybitnymi śpiewakami, reżyserami i
dyrektorami teatrów, którzy dzieliliby się swoimi doświadczeniami,
młodzi artyści operowi mogliby dowiedzieć się czego, tak naprawdę,
oczekuje się od nich jako śpiewaków. Dyrektorzy oper mogliby wprost
powiedzieć jakie warunki musi spełnić młody człowiek, żeby mieć szansę
dostać się do prowadzonego przez niego teatru. W trakcie warsztatów z
wybitnymi śpiewakami, ci młodzi ludzie błyskawicznie dowiadywaliby się
jaki jest ich potencjał, jaki repertuar ze względu na charakter ich
głosu będzie dla nich najbardziej odpowiedni. W ten sposób wielu
uniknęłoby pułapki śpiewania niewłaściwych partii, co jak wiemy jest
często dla młodych ludzi zgubne. Przy okazji, taka instytucja pomagałaby
w wyszukiwaniu sponsorów. Moglibyśmy do tego celu wykorzystywać
kapitał, jakim są nasze znajomości z właściwymi ludźmi z całego świata.
Moglibyśmy wyróżniających się młodych wokalistów rekomendować, bądź to
odpowiednim agencjom, bądź właściwym teatrom operowym. Innymi słowy,
taka instytucja byłaby zarazem i szkołą, i agencją, sprawującą patronat
nad młodymi ludźmi, którzy może nie tyle są zagubieni, ale nie wiedzą na
czym powinni się skupić. Na przykład języki obce. W takiej szkole,
musiałyby pracować również osoby, które nie tylko uczyłyby jak mówić,
ale również uczyłyby jak śpiewać po rosyjsku, francusku, niemiecku,
angielsku i włosku. Bo to są zupełnie różne czasami umiejętności. W
Polsce takiej instytucji nie ma, a co gorsza, w naszym kraju brakuje
nawet porządnego managementu. Zamiast osób, które by z troskliwością
patrzyły na młodych ludzi, są tacy którzy głównie patrzą na swoją
kieszeń albo budżet.
Fantastyczny projekt! Ale mamy
wrażenie, że w Polsce brakuje również podobnego wsparcia dla młodych
muzyków, dyrygentów i reżyserów operowych…
Ale taka instytucja byłaby w zamyśle nie
tylko dla śpiewaków, ale również dla tych, którzy chcieliby związać
swój los z dyrygenturą lub reżyserią. Byłaby to instytucja edukacyjna,
ale również zajmująca się szeroko rozumianym managementem. Czyli byłoby
to coś znacznie szerszego od managementu w tradycyjnym tego słowa
znaczeniu. Moim obecnym managerem jest człowiek z Columbia Artist
Management. Oni mają w swoich szeregach zarówno śpiewaków, jak i
dyrygentów i reżyserów, ale zajmują się głównie zapełnianiem kalendarza
artystów. W moim przekonaniu instytucja, o której myślimy, zajmowałaby
się czym znacznie szerszym. Drodzy Państwo, kiedy ja zaczynałem i byłem
na samym początku drogi, odradzano mi w ogóle śpiewanie. Powiedziano mi,
że mój głos nie jest na tyle dobry i na tyle duży żeby śpiewać operę.
Ja się jednak uwziąłem i po latach jestem w czołówce barytonów świata.
To jest dowód, że jeśli się chce i odpowiednio pracuje, to można
„sięgnąć po swoje marzenia”.
To można powiedzieć, że nie
tylko w zamierzeniach na przyszłość Panowie się dobraliście z Piotrem
Beczałą. On również zbudował swoją pozycję w świecie opery swoją ciężką,
samodzielną pracą i do dziś współpracuje z tym samym nauczycielem.
Z tym, że z Piotrem jest inna sytuacja, bo on ma nauczyciela, a ja nie. Ja się sam uczę, bo nie ufam żadnym nauczycielom…
Kiedyś wspomniał Pan w wywiadzie, że miał Pan nauczyciela, ale że się Pan na współpracy z nim „sparzył”…
To nie było takie do końca „sparzenie
się”. Po prostu nigdy nie znalazłem osoby, która by do końca rozumiała
to, co ja chcę w operze osiągnąć. Naturalnie, każdy śpiewak powinien
swojego nauczyciela cierpliwie szukać do momentu, aż znajdzie właściwą
dla siebie osobę. Jednak jeśli takiej osoby nie znajdzie, jak zdarzyło
się to w moim przypadku, lepiej jest bazować na tym, czego się mogę
dowiedzieć od dobrych pianistów i korepetytorów, z którymi współpracuję
przy przygotowywaniu spektaklu. Można też wiele nauczyć się od
dyrygentów. Na przykład taki Antonio Pappano, z którym przygotowywałem w
Londynie partię markiza Posy w „Don Carlosie”, podpowiedział mi wiele
niesamowicie pożytecznych i wspaniałych rzeczy: „tu nie forsuj”, „tutaj
otwórz ten dźwięk”, „tu popuść, a tam podeprzyj”. I jeśli ja wiem o czym
on mówi, a wiadomo, że po wielu latach funkcjonowania w tym zawodzie,
świetnie znam terminologię i rozumiem, czego on ode mnie wymaga i przy
okazji potrafię uruchomić swoją wyobraźnię, to myślę, że to jest
właściwa droga żeby osiągnąć i zbudować coś na trwałe. Bo cóż z tego, że
ja w trakcie edukacji, zrobię to przy profesorze, skoro wyjdę na scenę i
nie będę potrafił tego powtórzyć. W momencie, kiedy ja to przetworzę,
zrozumiem, gdzie leży problem i wykorzystam natychmiast w śpiewaniu,
„włożę” te rady w swoje ciało i głos, to wtedy mam szansę na to, żeby to
doświadczenie powtórzyć i na tej wiedzy już budować coraz lepsze
umiejętności.
Czy to jest cecha barytonów, że
pracują bardzo często sami, że sami się kształcą nie korzystając
bezpośrednio z rad nauczycieli? Pytamy, bo podobnymi doświadczeniami
podzielił się z nami Artur Ruciński. On również kładzie wielki nacisk na
pracę nas sobą samym, na samodzielnym poznawaniu swoich możliwości i
ograniczeń.
Myślę, że każdemu człowiekowi, nie tylko
śpiewakowi, ale i pisarzowi, czy osobie uprawiającej sport, każdemu,
kto nie ma świadomości swojego ciała i psychiki, kto nie wie na ile jest
silny i ile potrafi unieść, oraz kto nie ma wsparcia rodziny czy
przyjaciół, byłoby ciężko toczyć skuteczne boje na różnych szczeblach
wtajemniczenia, w różnych dziedzinach ludzkiej aktywności. I tak to się
dzieje również ze mną. Staram się na co dzień starannie słuchać i
przetwarzać to, czego dowiaduję się od ludzi, którzy są mądrzejsi ode
mnie, bądź mają większe doświadczenie. Tak też było z Ferruccio
Furlanetto, znakomitym basem, z którym śpiewam w Londynie w „Don
Carlosie” i od którego dowiedziałem się wielu rewelacyjnych rzeczy o
sposobie grania i śpiewania sławnego duetu króla Filipa i markiza Posy.
Wasz duet był dla nas widzów
niesamowitym wręcz doświadczeniem. Prawdę mówiąc, prawdziwe ciarki
zaczęły nam wędrować po plecach dopiero od tego momentu, bo sama
dramatyczna narracja w tej operze rozkręca się dosyć powoli. Pierwszy
akt jest …
…tak zgadzam się, ja bym go w ogóle wyciął…
…tak naprawdę wszystko co w tej
operze najwspanialsze, dla nas zaczęło się właśnie od Waszego duetu.
Zresztą nie byliśmy w tym odczuciu odosobnieni, bo owacje publiczności
były ogromne. Panie Mariuszu, wspomniał Pan już postać Antonio Pappano, a
samą rozmowę prowadzimy we wnętrzach Royal Opera House. Pora więc
najwyższa żeby zapytać o ten teatr jako sławną świątynię sztuki i
miejsce pracy artystów. Z różnych źródeł, również naszych doświadczeń z
korespondencji z Royal Opera House, wynika że muszą tu pracować bardzo
fajni i oddani sztuce ludzie. Traktują nas niezwykle życzliwie i ciepło,
i pomagają jak tylko potrafią, a przecież jesteśmy małym,
niekomercyjnym serwisem operowym. Czy może nam Pan opowiedzieć jakie są
Pańskie doświadczenia z pracy w tym teatrze? Czy świetna atmosfera,
która tu panuje, jest zasługą konkretnych ludzi, czy też znakomitej
organizacji pracy?
Muszę zacząć od tych „kilku osób”. To
jest przede wszystkim postać Antonio Pappano, którego wielką zasługą
jest to, że orkiestra tutejsza gra na super wysokim poziomie. Wielkim
mistrzem jest również człowiek odpowiedzialny w Royal Opera House za
chór, który to chór jest fantastycznie wokalnie zsynchronizowany z
orkiestrą. Znakomitymi są osoby, które w tym teatrze odpowiadają za
dobór artystów. Innymi słowy są to fachowcy, którzy doskonale wiedzą jak
dobierać, a właściwie jak komponować ze sobą głosy, żeby one potem na
scenie świetnie ze sobą współgrały. Do tego dochodzą bardzo efektywni
pracownicy administracji odpowiedzialni za organizację życia artystów,
począwszy od przelotów, a kończąc na poszukiwaniu mieszkań na czas ich
pracy w Londynie. To są fenomenalni, zawsze uśmiechnięci ludzie, z
którymi często się przyjaźnimy i chodzimy razem na piwo. Nie można
zapomnieć również o pianistach, reżyserach i asystentach reżyserów,
czyli osobach, które przygotowują spektakl, który jest wznawiany. Ludzie
niesamowicie oddani, ludzie ciepli, a zarazem zawsze profesjonalnie
podchodzący do swoich obowiązków. Nigdy bowiem nie zdarza się tak, że
przychodzę na próbę, a potem czekam dwie godziny, aż przyjdzie moment
kiedy wejdę na scenę i rozpocznie się część próby z moim udziałem.
Przychodzę dokładnie wtedy, kiedy jestem potrzebny i kończę wtedy, gdy
moja obecność na scenie nie jest już niezbędna. Wszystko precyzyjnie
zestrojone i zorganizowane, tak jak w Metropolitan Opera w Nowym Jorku.
Tyle tylko, że w MET to wszystko działa jak … komputer. Royal Opera
House jest natomiast komputerem, który ma … serce, albo jak kto woli
duszę. W Londynie presja może jest ciut mniejsza, bo w Nowym Jorku nie
ma mowy o jedynie stuprocentowym zaangażowaniu artysty. Tu w Royal Opera
House jest sto procent, w MET obowiązuje sto czterdzieści procent. Tam
nie mają prawa zdarzyć się potknięcia, a podejście do pracy zespołu jest
„suche”, wykalkulowane i wyliczone.
Czy to znaczy, że Pan, będąc na
co dzień człowiekiem MET-u, pracując w innych teatrach odczuwa komfort?
Jest Pan jak komandos, twardziel, który odebrał już swoją szkołę życia i
nic nie jest w stanie go zaskoczyć?
Absolutnie tak. W MET samo wyjście na scenę, nawet gdy trwa tam próba generalna i na widowni siedzi może ze sto, albo dwieście osób, a nie prawie cztery tysiące jak to ma miejsce podczas prawdziwych spektakli, to za każdym razem takie wyjście jest jak … emocjonalny poród, albo przepraszam za śmiałą metaforę, jest jak „artystyczna utrata dziewictwa”. Można mieć jako śpiewak ogromne doświadczenie, można zaśpiewać w wielu teatrach, ale dopiero ten wymusza takie zaangażowanie emocjonalne i intelektualne, że człowiek ma wrażenie przejścia do świata prawdziwej sztuki. Ma się wtedy poczucie, że dopiero MET czyni cię rozdziewiczonym artystą.
Czy dzieje się tak ze względu na jego skalę…?
Nie wiem jak to zdefiniować. Na pewno dzieje się tak ze względu na skalę samego teatru. Ale nie tylko, bo również ze względu na presję i na świadomość, że każdy spektakl jest tam tworzony przez niewiarygodnie dużą liczbę ludzi. Wystarczy zdać sobie sprawę ile osób asystuje każdej próbie po lewej i prawej stronie sceny i ile osób obserwuje próbę z widowni. Oni słuchają każdej nuty i każdego słowa, bo są tam ludzie odpowiedzialni osobno za język i osobno za dźwięki, osobno za dyrygenta i osobno za orkiestrę, a nawet za chór. Oni wszystko notują, analizują, a potem odbywa się klasyczne „post mortem”, czyli omawiane jest wszystko, co poszło nie tak jak trzeba. Pamiętajmy też, że każdy reżyser w MET ma dwóch, albo trzech asystentów, którzy mają z kolei jeszcze swoich ludzi do pomocy, a w tle jest jeszcze armia ludzi odpowiedzialnych za technikę. To jest taka machina, że jak wchodzę na tę scenę, to wiem, że nie mogę dać plamy, bo jak ja dam plamę, to tym samym zepsuję pracę tych wszystkich osób. To właśnie jest to, co czyni tę pracę szczególnie odpowiedzialną. Do tego dochodzi świadomość, że praktycznie każdy spektakl jest transmitowany przez radio, wiele spektakli jest nagrywanych, aby potem ukazać się na DVD i sporo jest po prostu transmitowanych na żywo do sal kinowych na całym świecie. Oczywiście, nie wolno zapominać, że teatr jest ogromny i praktycznie za każdym razem na widowni zasiada prawie cztery tysiące ludzi, którzy przychodzą żeby usłyszeć tych najlepszych. Tam nie może być złego dnia!
Rozmawiamy w Royal Opera House, gdzie obecnie śpiewa Pan swoją pierwszą w życiu rolę markiza Posy w „Don Carlosie”. Co spektakl jest Pan nagradzamy owacjami publiczności. Jest to zapewne szczególne wydarzenie artystyczne w Pańskim życiu, bo jak pamiętamy wywiady sprzed lat, na tę rolę bardzo Pan czekał. Jak się Pan więc w niej czuje?
Markiz Posa to bardzo szlachetna postać, a ja w tej roli po prostu czuję się świetnie. Ale jest to postać, którą trzeba tak śpiewać i w taki sposób grać, żeby przekonać do siebie ludzi całokształtem. Trzeba ją po prostu zbudować - emocjonalnie, intelektualnie, wreszcie i aktorsko.
Zbudować? Jak?
W przypadku Posy wykonałem ruch dość niezwyczajny, pojechałem bowiem specjalnie do Escorial, który zrobił na mnie wręcz piorunujące wrażenie. Monumentalna katedra, schody prowadzące do ołtarza… Ja nie jestem wierzącym człowiekiem, jestem raczej typem agnostyka cechującego się silną wiarą w wartość miłości i prawdy, jednak wchodząc do tamtejszej katedry momentalnie zrozumiałem potrzebę wielu moich bliźnich, którzy w takich chwilach czują potrzebę padnięcia na kolana. Tam jest i majestat, i pewnego rodzaju groza, które budzą natychmiastowy respekt. I to zarówno wobec Boga, jak i ludzi, którzy byli zdolni zbudować tak ogromną świątynię o niesamowitym klimacie.
Absolutnie tak. W MET samo wyjście na scenę, nawet gdy trwa tam próba generalna i na widowni siedzi może ze sto, albo dwieście osób, a nie prawie cztery tysiące jak to ma miejsce podczas prawdziwych spektakli, to za każdym razem takie wyjście jest jak … emocjonalny poród, albo przepraszam za śmiałą metaforę, jest jak „artystyczna utrata dziewictwa”. Można mieć jako śpiewak ogromne doświadczenie, można zaśpiewać w wielu teatrach, ale dopiero ten wymusza takie zaangażowanie emocjonalne i intelektualne, że człowiek ma wrażenie przejścia do świata prawdziwej sztuki. Ma się wtedy poczucie, że dopiero MET czyni cię rozdziewiczonym artystą.
Czy dzieje się tak ze względu na jego skalę…?
Nie wiem jak to zdefiniować. Na pewno dzieje się tak ze względu na skalę samego teatru. Ale nie tylko, bo również ze względu na presję i na świadomość, że każdy spektakl jest tam tworzony przez niewiarygodnie dużą liczbę ludzi. Wystarczy zdać sobie sprawę ile osób asystuje każdej próbie po lewej i prawej stronie sceny i ile osób obserwuje próbę z widowni. Oni słuchają każdej nuty i każdego słowa, bo są tam ludzie odpowiedzialni osobno za język i osobno za dźwięki, osobno za dyrygenta i osobno za orkiestrę, a nawet za chór. Oni wszystko notują, analizują, a potem odbywa się klasyczne „post mortem”, czyli omawiane jest wszystko, co poszło nie tak jak trzeba. Pamiętajmy też, że każdy reżyser w MET ma dwóch, albo trzech asystentów, którzy mają z kolei jeszcze swoich ludzi do pomocy, a w tle jest jeszcze armia ludzi odpowiedzialnych za technikę. To jest taka machina, że jak wchodzę na tę scenę, to wiem, że nie mogę dać plamy, bo jak ja dam plamę, to tym samym zepsuję pracę tych wszystkich osób. To właśnie jest to, co czyni tę pracę szczególnie odpowiedzialną. Do tego dochodzi świadomość, że praktycznie każdy spektakl jest transmitowany przez radio, wiele spektakli jest nagrywanych, aby potem ukazać się na DVD i sporo jest po prostu transmitowanych na żywo do sal kinowych na całym świecie. Oczywiście, nie wolno zapominać, że teatr jest ogromny i praktycznie za każdym razem na widowni zasiada prawie cztery tysiące ludzi, którzy przychodzą żeby usłyszeć tych najlepszych. Tam nie może być złego dnia!
Rozmawiamy w Royal Opera House, gdzie obecnie śpiewa Pan swoją pierwszą w życiu rolę markiza Posy w „Don Carlosie”. Co spektakl jest Pan nagradzamy owacjami publiczności. Jest to zapewne szczególne wydarzenie artystyczne w Pańskim życiu, bo jak pamiętamy wywiady sprzed lat, na tę rolę bardzo Pan czekał. Jak się Pan więc w niej czuje?
Markiz Posa to bardzo szlachetna postać, a ja w tej roli po prostu czuję się świetnie. Ale jest to postać, którą trzeba tak śpiewać i w taki sposób grać, żeby przekonać do siebie ludzi całokształtem. Trzeba ją po prostu zbudować - emocjonalnie, intelektualnie, wreszcie i aktorsko.
Zbudować? Jak?
W przypadku Posy wykonałem ruch dość niezwyczajny, pojechałem bowiem specjalnie do Escorial, który zrobił na mnie wręcz piorunujące wrażenie. Monumentalna katedra, schody prowadzące do ołtarza… Ja nie jestem wierzącym człowiekiem, jestem raczej typem agnostyka cechującego się silną wiarą w wartość miłości i prawdy, jednak wchodząc do tamtejszej katedry momentalnie zrozumiałem potrzebę wielu moich bliźnich, którzy w takich chwilach czują potrzebę padnięcia na kolana. Tam jest i majestat, i pewnego rodzaju groza, które budzą natychmiastowy respekt. I to zarówno wobec Boga, jak i ludzi, którzy byli zdolni zbudować tak ogromną świątynię o niesamowitym klimacie.
I stamtąd wyniósł Pan pomysł na rolę Posy?
Niekoniecznie tylko stamtąd. Do tego
doszło moje doświadczenie i stale we mnie obecna refleksja nad
człowiekiem, czy też szerzej nad ludzkością. Kiedy miałem spotkanie z
reżyserem spektaklu i dyrektorem teatru Kasperem Holtenem, powiedziałem
im wprost: „Słuchajcie, to jest mój pierwszy Posa i ja chcę go zbudować
na zasadzie absolutnej intuicji. Dajcie mi szansę, abym tak jak z Don
Giovannim przechodziłem najróżniejsze metamorfozy, aż doszedłem do
zaprzeczenia tego jak rozumiałem tę rolę dziesięć lat temu, tak i tym
razem mógł samodzielnie wykreować mojego, i tylko mojego Posę”. Bo
markiz Posa jest obecnie dla mnie przykładem czystego, idyllicznego,
podobnego raczej aniołom człowieka z duszą wielkiego bohatera. Prawdziwy
„Braveheart”, który walczy w imię nie swojego interesu, ale walczy dla
ludzi i dla swojego kraju, kochając przy tym bezgranicznie swojego
przyjaciela Carlosa i wierząc przy tym, że tylko on właśnie – człowiek
dość słaby i ulegający wpływom własnych emocji, jest w stanie obalić
złowróżbny sojusz korony z inkwizycją. Gdy patrzę na współczesny świat,
na brudną i obrzydliwą politykę, która nim steruje, to z łatwością
identyfikuję się ze szlachetnym Posą. Rozumiem go i chcę nim być, tym
który gdyby tylko napotkał jednego sprawiedliwego w świecie władzy,
odnalazł w podłym świecie politycznych interesów tę jedną, czystą i
uczciwą duszę, to ratując go, nie zawahałby się oddać za niego życia.
Dlatego też gdy wychodzę na scenę i śpiewam z królem duet, to widzę w
nim uosobienie współczesnych ludzi władzy, którzy nas oszukują, a nie
prowadzą przez owo Morze Czerwone.
A jak Panu układa się współpraca z Jonasem Kaufmannem? Relacja Posy i Don Carlosa to kluczowa oś dramaturgiczna tej opery.
W Jonasie Kaufmannie odnalazłem
wspaniałego partnera na scenie. To szlachetny i fajny gość, znakomity
kolega zarówno w pracy, jak i w zabawie i codziennej rozmowie. Jest
między nami przysłowiowa chemia, a praca z nim jest taką samą frajdą,
jak praca z Anną Netrebko. Jonas jest wielkim artystą, ma niesamowite
wyczucie sytuacji scenicznej i łatwość zrozumienia intencji partnera. On
jako Carlos, poddaje się jakoś samoczynnie temu co ja, jako Posa z nim
robię. W momencie kiedy go szarpię i mówię: „Ty musisz to zrobić”, to z
nim właśnie to się dzieje. Carlos przytomnieje i podąża za intencjami
Posy. Jonas Kaufmann jest wspaniałym aktorem i przede wszystkim artystą
obdarzonym niesamowitym głosem i intuicją jak tym głosem należy
pracować. Ponadto, co jest widoczne w jego ciele, jako Carlos jest to
człowiek złamany gdzieś, słaby i pogubiony, z jednej strony zwichrowany i
błądzący, a z drugiej strony bohater, który w trudnych sytuacjach
potrafi walczyć. Jego głos jest bohaterski i dramatyczny, ale zawsze
mający tę liryczną, słodką barwę.
Carlos Jonasa Kaufmanna jest
osobowością rozchwianą, neurotyczną i poetycką. Jest do pewnego stopnia
psychologiczną zagadką dla widza. Bardzo wymowna w tym kontekście jest
scena umierania Posy…, niezwykle przejmująca, bo pozwalająca na
pokazanie uniwersalnej prawdy o człowieku, który przecież śmierci się
boi, a w jej obliczu nieczęsto bywa niezłomnym bohaterem. Dzięki Waszej
grze, Carlos jest człowiekiem wielowymiarowym, a nie płaskim i
patetycznym bohaterem, który natychmiast bierze w swoje ramiona
konającego przyjaciela. W pierwszym odruchu Carlos próbuje uciec,
schować się przed grozą tego, co się na jego oczach dokonuje, potem
skulony, w pewnym oddaleniu wpatruje się z przerażeniem w umierającego
Posę i długo nie potrafi zareagować na gest wyciągniętej w jego kierunku
ręki. Toczy ciężki bój ze swoim strachem i trwogą. I dopiero po
dłuższej chwili zwycięża swój lęk i zbliża się do przyjaciela. Jakie to
prawdziwe, jakie ludzkie. Kto wymyślił tę genialną scenę?
Stworzyliśmy ją razem z Jonasem. Myśląc o
niej postanowiliśmy uwzględnić pewien psychologiczny i historyczny
kontekst. Zauważcie Państwo, że w epoce w której dzieje się ten dramat,
śmierć jednak była czymś bardziej zwyczajnym niż dziś. Dla szlachty
zabicie żebraka na ulicy nie było czymś szczególnym, a udział w bitwie
zakładał własnoręczne zadawanie śmierci. W biologicznym więc sensie
śmierć nie powinna na Carlosie robić większego wrażenia. Ale tu trzeba
było rozegrać sytuację zupełnie inaczej, bo tutaj ginie jego mentor,
człowiek, który był jego siłą i nadzieją. Ale jest tu jeszcze coś
znacznie głębszego. Otóż od początku założeniem reżysera w tej
produkcji, było domniemanie istnienia między Carlosem i Posą pewnej
szczególnej, głębszej relacji uczuciowej. Nie chodziło oczywiście o to,
żeby demonstracyjnie pokazać istnienie homoseksualnej więzi łączącej
głównych bohaterów, ale żeby zasugerować istnienie i znaczenie takiego
silnego oddziaływania emocjonalnego. Nie chodziło o to żeby epatować
widzów nachalnym, nazwijmy to gejostwem, bo to byłoby tandetne, ale
zależało nam na pokazaniu tego, co w mężczyźnie jest najpiękniejsze,
czyli z jednej strony szlachetności i siły, a z drugiej subtelności i
wrażliwości.
I to zostało przez publiczność
natychmiast dostrzeżone. W relacjach z londyńskiego „Don Carlosa”
pojawiło się na naszym portalu fundamentalne pytanie, za co właściwie
Rodrigo kochał Carlosa, czy on rzeczywiście na tę miłość zasługiwał?
I to jest piękne, że ktoś zadaje takie
pytanie, a nie twierdzi a priori: „Słuchajcie, to było obrzydliwe, dwóch
facetów, coś tam tego…” Ja takiego podejścia po prostu nienawidzę, bo
przecież wystarczy chwila zastanowienia, żeby zrozumieć, że może właśnie
Rodrigo kochał Carlosa za to, jakim był, bo rozumiał i podziwiał jego
wrażliwość i szlachetność, o której wiedział, że może stać się źródłem
jego niezwykłej, politycznej siły. Bo tylko namaszczony, królewski syn,
może kiedyś dzięki duchowej czystości, poprowadzić swój lud, każąc mu
wcześniej powstać z kolan. A ja jako Posa, chcę przecież wywalczyć dla
mojego ludu wolność, czy jakiekolwiek przywileje, a z drugiej strony
chcę z Carlosa uczynić króla, który zrealizuje moją wizję kiedy mnie
zabraknie.
A co było dla Pana trudne w „Don Carlosie”?
Przede wszystkim wokalnie bałem się jak
to będzie stanąć na dużej i ważnej scenie, jaką jest Royal Opera House i
zaśpiewać to po raz pierwszy w życiu z taką obsadą i z tak wielką
orkiestrą. Co więcej, nerwy były do samego końca, bo po raz pierwszy
zaśpiewałem swoją rolę od początku do samego końca dopiero na próbie
generalnej. Przez trzy tygodnie prób nie miałem takiej szansy. Ale tak
naprawdę pierwszym poważnym sprawdzianem była premiera. Generalnie rzecz
biorąc, mogę już teraz powiedzieć, że wokalnie partia Posy nie sprawia
mi żadnych problemów, a dla zbudowania samej postaci miałem jednak trzy
pełne tygodnie, a to jest dostatecznie dużo czasu.
To podejście do przygotowań jest
również charakterystyczne dla Aleksandry Kurzak, która dowiedziawszy
się, że będzie miała w Zurichu aż sześć tygodni prób przed premierą
„Rigoletto”, była zmartwiona, że zanudzi się tam zupełnie, bo jak sama
powiedziała, partię Gildy jest gotowa śpiewać po trzech dniach
przygotowań.
Tak, ale tu jest co innego, bo Ola
Kurzak mówiła o śpiewaniu roli, którą miała już okazję wykonać bardzo
wiele razy. To jest tak samo jak ze mną w przypadku „Don Giovanniego”,
którego jestem w stanie śpiewać po kilku dniach przygotowań. Natomiast
dla dobrego stworzenia nowej postaci ja bardzo lubię próby. Czym więcej
prób w takim przypadku tym lepiej dla mnie, bo ja się wtedy tej postaci
porządnie uczę.
No właśnie Panie Mariuszu, pasja
z jaką Pan opowiada o angażowaniu się w rolę, o jej budowaniu,
potwierdza, że jest Pan śpiewakiem operowym przywiązującym ogromne
znaczenie do sztuki aktorskiej. Jest Panu wstrętne podejście w do pracy w
operze na zasadzie „stand and deliver”. Pan wkłada w kreację swoich
postaci duży wysiłek, a ruch sceniczny nie jest dla Pana pojęciem
pustym. Przyszło nam więc do głowy przewrotne pytanie: Tomasz Konieczny
rozpoczął swoją karierę od pracy u Wajdy, a teraz śpiewa Wagnera. Czy
kiedykolwiek myślał Pan o pokonaniu tej drogi w druga stronę? Czy
interesowałoby Pana wypróbowanie swoich możliwości aktorskich w
klasycznym teatrze dramatycznym bez śpiewania albo w filmie?
W filmie tak, w teatrze nie. Teatr dla
mnie jest w tej chwili powiązany z muzyką i wydaje mi się, że po tylu
latach spędzonych w teatrze muzycznym, nie byłbym w stanie pozbyć się
pewnych naleciałości artystycznych, które z kolei nie pozwoliłyby być mi
wiarygodnym jako stricte teatralny aktor. W filmie byłoby to możliwe
dużo prędzej, bo na planie filmowym gra się w sposób powściągliwy,
spojrzeniem, małym gestem, czyli w taki sposób, który w operze jest
zupełnie nieefektywny. W operze należy grać mega gestami, w taki sposób
aby wszyscy dobrze widzieli, nawet jeśli na sali zasiada prawie cztery
tysiące ludzi. Ten sposób zachowania na deskach oper, to swoiste
skrzywienie zawodowe, tak mocno wchodzi w krew śpiewakowi, że jak sądzę
odnalezienie się w przestrzeni intymnej teatru dramatycznego wydaje mi
się niemożliwe. Z filmem jest moim zdaniem inaczej, bo ta forma sztuki
nie tylko pozwala na swobodne i naturalne zachowanie, ale wręcz wyklucza
koloryzowanie i koturnowanie. Gra w filmie powinna być jak ta rozmowa z
Państwem, naturalna, swobodna i zwyczajnie autentyczna. I choć zdaję
sobie sprawę z pewnego paradoksu, z tego, że jest ewidentny antagonizm
między operą i filmem, to mam głębokie poczucie, że byłoby mi łatwiej
przejść do filmu, niż do teatru dramatycznego.
Chciałby więc Pan grać w filmach?
Chciałbym…
A jaki to mógłby być repertuar
filmowy w którym potrafiłby się Pan szybko odnaleźć? A może są
reżyserzy, którzy gdyby się tylko do Pana z tym zwrócili, otrzymaliby
natychmiast zgodę Mariusza Kwietnia na grę w ich filmie?
Mariusz Treliński mówił mi już kiedyś, że chciałby zrobić „Don Giovanniego” jako film. To by mi na pewno odpowiadało…
Nie byłaby to pierwsza ekranizacja tej superopery Mozarta?
Tak, ale tyle już zostało nakręconych
filmów o rabowaniu banków, a dalej je się kręci, więc dlaczegóżby nie
spróbować tego samego, ale na nowy sposób. Prawdę mówiąc była to do tej
pory jedyna filmowa rzecz, o której już poważnie rozmyślałem. Jednego
jednak jestem zupełnie pewien, że film w którym zgodziłbym się wystąpić,
musiałby być obrazem produkcji polskiej. Nie miałbym chyba tyle odwagi,
żeby próbować w swoich sił w produkcjach angielskojęzycznych lub
szerzej obcojęzycznych, z uwagi na akcent, który mimo mojej
lingwistycznej sprawności, zdradzałby łatwo moją językową
nieoryginalność. Ponadto, mam świadomość swojego wieku i wiem, że na
pewne rzeczy może już być za późno.
/źródło: opera.info.pl/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz