czwartek, 21 czerwca 2012

Nasz człowiek podbija Met /Przekrój/

Mariusz Kwiecień , baryton z Krakowa zwany przez amerykańskich wielbicieli Polskim Księciem, opowiada, jak zaczynając od przysłuchiwania się kanarkom, zrobił karierę w najlepszej operze na świecie

Chodzą plotki, że poznał pan niedawno Marię Callas, w dodatku w legendarnej nowojorskiej Metropolitan Opera?

– Żadne plotki. Kilka miesięcy temu na gali z okazji 125-lecia Met, połączonej z 40. rocznicą debiutu Placido Domingo na tej scenie, śpiewałem słynną arię szampańską z „Don Giovanniego” Mozarta. Na finał wzniosłem toast na cześć wszystkich gwiazd opery ostatnich dziesięcioleci, których twarze pojawiły się na ekranie za mną. Na centralnym miejscu znalazł się portret Marii Callas, która – taki trik wideo – mrugnęła do mnie. Publiczność wybuchnęła śmiechem, rozległy się brawa. Bo kto, jak nie Wielka Diwa, mógłby puścić oko do Don Giovanniego?

Choć od dekady śpiewa pan na tej scenie i uznawany jest za najlepszego Don Giovanniego naszych czasów, mówi się, że to właśnie teraz został pan oficjalnie dopuszczony do operowego panteonu gwiazd.

– Nie odbieram tego tak symbolicznie. Chociaż ta zrealizowana z ogromnym przepychem gala była podróżą w czasie po największych produkcjach legendarnej sceny i zaszczytem było w niej śpiewać. Nawet nasze kostiumy były oryginalnie zaprojektowane dla pierwszych śpiewaków występujących w tych rolach. Mój był dokładną kopią tego, w którym włoski bas Ezio Pinza zaśpiewał w Nowym Jorku pierwszego Don Giovanniego w 1929 roku.

Namaszczenia dopełniło pismo „Vanity Fair”, lifestyle’owa wyrocznia, które sesją zdjęciową godną gwiazd Hollywoodu reklamuje teraz Wspaniałą Siódemkę Met, w tym także i pana.

– Peter Gelb, charyzmatyczny dyrektor tego teatru, doskonale wie, w jaki sposób sprawić, by opera przestała być niszową odmianą sztuki. Stąd takie artykuły, wielkie gale, superprodukcje, transmisje premier do 850 kin w 36 krajach, telebimy na Times Square. To przyciąga do opery miliony nowych zwolenników.

Źródło: Barihunks. Foto. Wayne Maser

Stąd podpis pod zdjęciem w „Vanity Fair”? „Koniec mitu opasłych śpiewaczek?”.

– Dokładnie! Mamy być piękni, młodzi i robić na scenie takie rzeczy, żeby trudno było odróżnić prawdziwy teatr dramatyczny od opery. Mamy przełamywać stereotypy i bariery. Do Met nie przychodzi się, by zasiąść wygodnie w fotelu i chrapać już pod koniec pierwszego aktu, ale na oszałamiające widowisko.

Jak to się robi w Met?

– Absolutnie profesjonalnie. Nie ma czasu na niedoskonałości. Wszystko jest zaplanowane na minimum pięć lat do przodu i odbywa się z dokładnością co do minuty. W spektaklu muszą być same gwiazdy, a nie tylko „Pavarotti i reszta”. Jasne jest też, że spektakl będzie bogaty, zrobiony z totalnym przepychem – okna w wieżowcach będą świecić, pojawią się prawdziwe zwierzęta, a w „Aidzie” przemaszeruje przez spektakl z pół tysiąca osób. Tego nie zobaczycie nigdzie indziej. A za wszystko odpowiada świetna ekipa realizatorów. Ostatnio Gelb angażuje do spektakli reżyserów z Hollywood. Na przykład „Carmen”, której premiera wkrótce będzie transmitowana do kin także w Polsce, zrobił Richard Eyre, reżyser „Notatek o skandalu” z Judi Dench i Cate Blanchett.

Macki Petera Gelba sięgają daleko.

– Dlatego nawet w czasach kryzysu, gdy wiele innych amerykańskich teatrów bankrutuje – Metropolitan Opera sprzedaje przynajmniej 95 procent miejsc. Zawsze. Każdy, kto przyjeżdża do Nowego Jorku, czy się zna na operze, czy nie i czy przyjechał z Azji, czy Afryki, chce zobaczyć Statuę Wolności, Piątą Aleję, Central Park, pojechać do Soho i Metropolitan Opera. Dlatego ta opera przetrwa, bo jest wspaniała i charyzmatyczna.

/rozmawiała Ada Ginał - źródło: klik!/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz